niedziela, 20 czerwca 2010

na tropie bhang lassi i masala tea - wystawa fotografii podrózniczej w Kleczewie

Miło nam poinformować, że w najbliższy piątek 25 czerwca w MGOK w Kleczewie odbędzie się impreza poświęcona kulturze Indii. Asumptem do jej organizacji była przygotowywana wspólnie z domem kultury wystawa naszych fotografii z podróży do Indii. Z czasem pomysł ewoluował do obecnej postaci , oto krótkie streszczenie programu: - wystawa fotografii, - multimedialna prezentacja zdjęć z komentarzami autorów, - pokaz tańca + nauka podstawowych kroków, - indyjskie gotowanie – degustacja potraw kuchni indyjskiej, - film dokumentalny „Slumdog bez Happy Endu”, - muzyka i zapachy kraju orientu, - pokaz filmu Slumdog Milionare

Zapraszamy

poniedziałek, 1 lutego 2010

zmiana serwera - znów under construction

Z powodu zmiany serwera na którym znajdowały się zdjęcia, chwilowo, za co przepraszam, fotki na blogu będą niedostępne.
Problem postaram się usunąć możliwie szybko.
Znudzonych tymczasem zapraszam na innego bloga pod adresem wwww.radunc.pl

środa, 2 kwietnia 2008

way to home

Way to Home
ostatnie godziny w pociągu z Haridwaru do Delhi.
Z wrażenia nie robiłem już zdjęc. Trochę żaluję, spędzilismy fajna podróż w pociągu klasy sypialnej z AC (klima). Jak wygląda sami widzicie, ale fakt faktem, klima była !
Jak zwykle w wagonie 80% ludności rdzennej reszta to dziwolągi ze świata jak my ;)
Po 5 tyg w Indiach drugi kontakt z Delhi zrobił na mnie odmienne wrażenie. Nie słyszałem hałasu, targowałem się dzielnie, zbijałem cenę o 200%, z uśmiechem i zadowolneniem przyglądałem się światu za oknem taksówki (TUK TUK) marki tata o kształcie nieco zaokrąglonego trabanta. Pożegnaliśmy Indie zrelaksowani i zadowoleni z misji. Zero kompleksów, zero stresu. Więc to prawda, podróże kształcą, polecam każdemu.

niedziela, 30 marca 2008

Rishikesh - post office

W indiach wszystko jest jakieś takie... inne :)
Post office to w mieście takim jak Rishikesh absolutny odlot !
Zakratowane okno (ale kolorowe framugi jak ekscentryczne wiejskie chałupy w Polsce) w środku klepisko, kolejne zakratowane okno wewnątrz, duży stół i powyzej tablica za jakimś taryfikatorem. Za kratą Hindus (pan postman). Moja babcia (świętej pamięci Irena) dawno temu kiedy do niej zajeżdżałem do fantastico miejsca o nazwie Trąbczyn miała chyba bardziej wypasiony urząd pocztowy zlokalizowany w remizie strażackiej. Za to dla odmiany Hindusi uprawiają prawdziwe misterium w dziedzinie pakowania. Z wrażenia nie zrobiłem ani jednej fotki (sorry). Otóż, jeśli chcecie wysłać do domu np. dużą pakę pełną souvenirów, pamiątek z podróży etc. idziecie do kola, który specjalizuje się tylko w obszywaniu paczek. Facio bierze waszą przesyłkę i całą ją misternie obszywa w materiale przypominającym lniane płótno. Żadna paczka nie wyjedzie z Indii jeśli nie jest w ten sposób zabezpieczona. Jak się jeszcze kiedyś zapuszczę do Indii obiecuję sfotografować proces pakowania od A do Z.
W Rishikesh natrafilismy na ogromną księgarnię. Księgarz bez żadnego problemu zapakuje wam i nada pod wskazany adres każdą liczbę zakupionych u niego książek. A warto wiedzieć że Indie to światowe centrum księgarstwa :) tak tak nie żartuję. Mozna tam kupić kultowe wydawnictwa np przewodniki Pascala w cenie około 1/4 wartości. Za taki np. przwodnik Pascala po Indiach zapłacicie na miejscu kilkanaście złotych w przeliczeniu, a ile kosztuje w Polsce, sprawdźcie sami (dzisiejsza praca domowa). Wejdźcie do polskiej księgarni, kupcie książek za np 1000 zł a następnie przy kasie podajcie karteczkę z adresem i każcie to sobie wysłać jako paczkę...... buahahaha
P.s
wysyłanie paczek do domu nie jest głupie. Jeśli wyjeżdżacie na 2,3 lub więcej miesięcy w podróż, a linie lotnicze narzucają wam ciasne normy wagowe np 15 kg, okazuje się że nie ma co zrobić z kilogramami pamiątek kupionych w trasie. Z tego też względu dam Wam jedną nieocenioną radę.
Jeśli w jakimś pięknym mieście widzicie przedmiot, który wzbudza wasze pożądanie - nie żałujcie kasy - KUPUJCIE ! Nie przejmujcie się tym,że plecak robi się coraz cięższy, bo raz na 2,3 tygodnie zrobicie wielką pakę z prezentami i każecie to sobie wysłać do domu. Zanim skończycie podróż życia wasze pamiątki będą już bezpiecznie czekały w domu a Wasz plecak ważyć będzie tyle co w dniu wyjazdu. Hawk

sobota, 29 marca 2008

BAJAJ (Badźadź)

Bajaj, magiczna marka o ktorej nie wiem absolutnie nic, poza tym ze produkuje swietne miejskie motocykle pojemnosci 150. Dzis mialem okazje wypropobwac jeden z nich... Po 20 latach od zdania egzaminu na prawko kat.A usiadlem za sterami malego indyjskiego potworka. Nie wiem jak to sie stalo. Pewnie widok setek Hindusow jezdzacych na wariata po ulicach Indyjskich miast, moze nie spelnione dotad marzenie o kupnie motocykla.. ??? Wsiadlem i ... pojechalem.Nie zaliczylem gleby, nie obtarlem , nie zabilem malpy na drodze ani tym bardziej Hindusa :)))) Wsiedlismy i go !!! po gorskich drogach, o kolorycie i stopiu niebezpieczenstwa mniej wiecej 11 w 10 stopniowej skali Taka nasza Szklarska poreba albo zakopianka ale z lewostronnym ruchem, bez zasad ruchu drogowego , przepasciami, pieknymi widokami na gory i ganga [Ganges] w dole... Poczatkowe Kasia nie byla zachwycona siedzac razem z Norbim na bzyku marki Honda, ale z kazda godzina w sidle jej entuzjazm rosl. Moment przelomowy to proba wlasnych sil na stacji benzynowej. Kasia i Elwi wsiadly i przejechaly sie malym dziarskim motorkiem bez biegow i sprzegla i zakochaly sie Mnie przypad w/w BAJAJ, cudny, zgramby motorek o drapieznym wygladzie i bardzo skocznym 1 biegu.... ale dal sie polubic, zwlaszcza na ostrych zakretach i pod strome gorki... po prostu rwal jak dziki konik. Zjezdzilismy sie jak wariaci, najpierw wycieczka do base camp gdzie zaczynaja sie gorskie raftingi [splywy kajakowe i pontonowe po spienionym Ganga] potem obiad i wyprawa do gorskiej swiatyni. Myslalem ze bedzie 100 zakretow, ale bylo ich znacznie wiecej... oj znacznie Norbik juz calkiem wczyty w swoja Honde, ja na BAJAJu tez jakbym jezdzil nim co dzien do pracy, normalnie Historia... ponizej pare filmikow z naszego Harcora p.s po powrocie kupuje bike, jeszcze nie wiem co, ale wiem ze bardzo chcę :) CU

wtorek, 25 marca 2008

Rishikesh - raj utracony :)

Rishikesh
ostatnia nadzieja na mile spedzenie czasu w Indiach z dala od sierot i bezdomnych...
Po chwilowym zalamaniu odnalazlem miejsc w ktorym z dala od "synonimow" Indii spedze reszte czasu az do wylotu.
Niestety nie ma sie co oszukiwac, obskurne hotele, zebracy, sieroty krzyczace "ten rupis" gowna plynace w rynsztoku i nie tylkooraz wiele wiele innych to nie sa klmaty o ktorych mozna powiedziec krotko "fajne" !
bo fajne nie sa i nie beda.
Wyladowanie w Delhi i kazdy klejny dzien w Indyjskich miastach jasno uzmyslawia nam europejczykom ze nie jest to nasze naturalne srodowisko.
Kupy na ulicy nie sa nam bliskie i ostatnie systemy kanalizacyjne zblizone do tych w Indiach zlikwidowano w europie jak sadze przed II wojna swiatowa... :)
Dlatego zanim sie tutaj wybierzecie wezcie poprawke na to ze szok kulturowy moze wam skutecznie zaklocic obior pozostalych wrazen. W ogole wszystkiego tutaj jest w nadmiarze a wrazenia wdzieraja sie do mozgu kazdym dostepnym kanalem. haha
wszystko jest zbyt pachnace albo zbyt smierdzace, ludzi jest zbyt duzo albo ich nie ma wcale, jedzenie jest paskudne i zbyt ostre w dodatku okraszone sakichana MASALA
ta kombinacja przypraw smakuje do perwszego pawia... potem juz nie chce sie nawet slyszec slowa masala.
Moj paw byl pierwszy ale wkrotce okazalo sie ze pawie dopadly kolejno cala nasza szostke. teraz juz nikt nie pije masala-tea,ani potraw z masala.
Doceniamy fakt posiadania w pokoju palnika gazowego, dzieki niemu od dwoch dni jemy NORMALNE obiady a nie paskudztwa Hinduskiej kuchni. sorry za te dosadnosc
Trzeba tu spdzic okolo 3 tyg by utwierdzic sie w przekonaniu ze Indie nie sa dla kazdego. Z naszej szostki wszyscy wyszli niemal obranna reka, ale prawdopodobienstwo ze tak wlasnie bedzie bylo dazoce ku zeru. Faktycznie, kazdy kto tu wyjechal zasluguje w swoim otoczeniu na hardcorowca - to fakt.
Kiedy umysl jst bombardowany tysiacem wrazen trudno napawac sie mistycyzmem miejsc i religijnoscia mieszkancow. wiele zreszta z tych historyjek jest albo wyssana z palca albo sie dawno temu zdezaktualizowala. Hindusi z pewnascia sa bardziej religijni niz polacy i ich wiara jest mniej zaklamana [IMHO]
ale nie myslcie ze kady napotkany sathu to autentyczny mistyk i asceta. Czesto sa to po protu naciagacze, ludzie ktorzy ze swojego stylu zycia uczynili sposob nazarobkowanie.tak samo jak podobno bezdomne dzieci ktore sepia na uicy kase od naiwniakow z kontynentu.... te dzieci maja dom, matki i ojcow, ktorzy posylaja je na ulice zeby skolowaly troche kasy . takie sa fakty.

Ale po tym wiadrze dziegciu dodam, ze nie zaluje. Wycieczka do dalekich [nie tylko geograficznie] Indii to tak naprawde wyprawa w glab siebie, wyprwa do swoich korzeni i proba okreslenia swojego miejsca w cyrku zwanym "zyciem".
Nagle nabiera sie dystansu do wielu spraw, do pogonii za kasa i splendorem.
Okazuje sie ze 6 tys km dalej jest kraj w ktorym dzieci wyprozniaja sie na ulicy do rynsztoka, gdzie na ulicy sie je, spi, robi kupe, sprzedaje napoje i produkty malej gastronomi. ze jest kraj gdzie obok siebie zyja mlodzi wyksztalceni Hindusi w jeansach i z komorkami w reku reka w reke z istotami nie z tej epoki ;)
W ogole w Indiach panuje niepojeta moda na komorki. Nie widzialem nigdy nigdzie tylku komorek.Hindusi maja super taryfy i gadaja jak nakrecenie,dzwonia , gadaja, wysylaja sobie smsy i melodyjki przez "blututa".
Nawet ci z pozoru ubodzy siedzac w autobusie non stop wysylaja sobie nowe dzwonki blututem i wymieniaja sie zdjeciami z boolywood :))))
kraj szoku !

a co z naszym Rishikesh ?
Mala dygresja stala sie niemal tematem przewodnim tego odcinka, a przeciez mialo byc o pieknym miasteczko ktore podobno odkryli dawno temu Beatlesi....
Jest to swiatowe centrum jogi. Na ulicach dziesiatki nawiedzonych 40-50 latek z Europy,USA i innych stron mira....
kazda ubrana jak Mugolska ksiezniczka w "sindbady" z baaru, na ramieniu karimata, na czole czerwona kropka, prawie jak Hindusi.... prawie [reklama zywca]
dzis widzialem na ulicy kola niczym chuck norris, zarosniety jak borsuk, nagi tors, wymalowany jak tubylec, dzikie spojrzenie [ciekawe kim sa w swoich ojczyznach kiedy juz wracaja do domu?].
Przedstawiciele zachodniej cywilizacji przyjezdzajacy tu licznie wygladaja jak dziwolagi kiedy przystrajaja sie w ciuszki z indyjskich butikow, panny z dzikim wyrazem w oczach, mlodzi gniewni czytajacy powiesci o mistycyzmie indii, cyrk monty pytona...
do tego Hindusi oferujacy kolejne atrakcje, przewodniki, pamiatki, wycieczki jeepem, rafting, kanioning, slonie i camele.... i robia sie kropowki
cholera, chcialem zachecic was do rishikesh a wyszedl jakis pastisz ;)
to chyba zgubne dzialanie paskudztwa na malarie. Cala grupa ma delikatne stanny odmiennej swiadomosci przez te trucizne ktora ma nas uchronic przed malaria w miejscu gdzie malarii nie ma..
powaznie rozwazam odstawienie tego syfu i powrot do normalnosci
na tym koniec bo pojde z torbami, cala kasa na kafejki, hahaha

Canyoning:

...tia
Spuszczanie sie do a raczej z wodospadem to bardzo ciekawe zajecie...hihi
nic w tym droznego gryz mam na mysli sport zwany canyoningiem.
Faceci znudzeni praca w korporacjch jezdza na wakacje we wszystkie strony swiata tylko po to by zazyc nieco adrenaliny. taka to zlosliwa matka natura jest wlasnie.
Kiedys chodzilismy na polowania, podcinalismy sobie gardla w walce o tereny, samice i inne przyjemnosci. Teraz jestesmy skapcialymi panami o coraz mniej meskich zajeciach, gotujemy i pierzemy, nie walczymy na wojnach, nie walczymy o samice, gatunkowa katastrofa....
o wiec 3 samcow i jedna samiczka poszlo sobie razu pewnego na canyoning w Indiach.
Endi z Gosia znalezli Hindusa ktory za skromne 900rupiszczy od lba organizuje takie imprezki w okolicznych gorach.
Punkt 8:30 AM grupa 4 smialkow podeszla pod tourist office tego pana i wraz z nim poszla przez bujany most do jeepa.Jeepem jakies 5 km w gore do stacji posredniej. stamtad "z buta" jakies 20 min ostrego marszu [dostalem sapki jak dziadzius] i jestesmy na miejscu. Pierwszy wodospad to raczej wodospadzik bo taki sie nam wlasnie wydawal z dolu. Po wejsciu na gore okazalo sie jednak ze 20m pionowej sciany nie wyglada juz tak niewinnie jak z dolu ;[ Szybki instruktaz stanowiskowy i pierwszy smialek jedzie w dol na linie. stanowisko dobrze zabezpieczone [3 punkty] liny wygladaja na calkiem nowe, my wbici w pianki wygladamy jak UFO-ludki, nawet malpy pouciekaly na nasz widok. Wszystko szlo ok do czasu kiedy w dol nie pojechala Gosia. Nagle w polowie wysokosci, w miejscu gdzie wodospadzik nieco mocniej sie pienil, obok przyschnietego drzewa Gosia sie zatrzymuje i zaczyna z przerazeniem wolac o pomoc. Okaalo sie ze jej uprzaz nie byla dobrze zamocowana i czesc biodrowa oddzielila sie od reszty. Gosia nie wygladala dobrze, miala jak to sie mowi kolokwialnie "smierc w oczach" i nie na zarty wolala aby ja ktos uratowal.
Nasz Pan instruktor szybko zrzucil druga line i migiem zjechal do Gosi. Wspolnymi silami dotarli w dol do zielonkawego "oczka" w ktore dali nura. Ja tez zjechalem, nie bylo latwo, nogi slizgaly sie na omszalych skalach, nie potrzebnie kombinowalem starajac sie zchodzic w strumieniu wodospadu. Tak sie nie schodzi !
Woda miala taki strumen ze buty slizgaly sie i tracilem rownowage. Od polowy zejscia zorientowalem sie ze takie zejscia robi sie "okrakiem" majac strumien wody miedzy nogami - dokladnie tak hahaha !!!
Na koniec pierwszego treningowego zejscia konsternacja, widze ze do wody daleko a mnie sie konczy lina, Hindi wola z gory "JUPM JUMP !" no to puscilem line i sru..
piekny nur w odmet lodowatej wody i pierwszy zjazd mam zaliczony.
Ciekawa uwaga, pianka jak z filmu SciFi daje calkowity komfort plywania w lodowatej wodzie, czuje sie ze jest zimnawa ale nie lodowata, nie na tyle by paralizowac ruchy [polecam]. Teraz wspinaczka w stroju UFO o jeden poziom wyzej na wodospadzik o wys. jakies 36m !!! 36m to moi drodzy wysokosc przecietnego wysokiego bloku w kazdym z miast w ktorym mieszkacie :[
Kiedy wisi sie na linie [jednej jedynej] nie ubezpieczonej w zaden sposob, nad spienionym odmetem patrzac z gory w dol, uczucie jest wspaniale graniczace z totalnym pierdolcem. My duzi chlopcy lubimy to uczucie hmm... ale juz Gosia nie wygladala na rownie szczesliwa.. nietety jak sama stwierdzila adrenalina nie jest jej potrzebna do zycia. Lina na ktorej sie spuszczalismy dziwnie elastyczna, nieco zbyt sprezysta nie dawala poczucia 100% bezpieczenstwa; do tego kiedy byla mokra stawala sie dziwnie sliska i system dzieki ktoremu bezpiecznie zchodzilismy na suchej linie nie dzialal juz dobrze na mokrej.
Kiedy wiec znalazlem sie tuz nad krawedzia tej sciany mialem wielce mieszane odczucia co do swojej tam obecnosci [glupis Raduncu myslalem]
Ale zeszli wszyscy, Gosia rowniez, za co naleza sie jej gratulacje, nie bylo to ani latwe ani przyjemne dla niej po akcji z asekuracja.
Dalej bylo juz latwiej, nie mielismy na trasie zadnych wysokich scian, raczej zeslisgiwanie sie po krotszych odcinkach albo zjazdy na dupach w dol wartkim alpejskim potokiem. W miejscu gdzie przebywalismy teren przypomina nasze beskidy moze miejscami Karkonosze. Z ta roznica ze rosna kaktusy, las jest suchy jak wior, a na drzewch siedza uparowane malpy patrzace na nas jak na bande poje...ow :))))
Co wiecej? Canyoning fajny jest, polecam kazdemu adrenalinowcowi !!!
Nie polecam natomiast nieco nieodpowiedzialnych Hindusow i sytuacji wykraczajacych poza z gory zalozony scenariusz.Gdyby nie to jest to kolejna wspaniala przygota i ciekawy sport bedacy polaczeniem wspinaczki,alpinizmu i plywania w zimnych potokach.
I'm alive :)

poniedziałek, 24 marca 2008

Haridwar (the holy city)

Haridwar, nazywany przez nas złośliwie hardwarem :)))
Kolejne święte miasto, to już nie polska Częstochowa, to mekka dla hindusów.
Tutaj kąpią się w świętym Gangesie, przywożą świętą wodę do domów (jak nasza Lichenianka w buteleczkach w kształcie NMP z zakrętką z korony....).
Takiej masy pielgrzymów nie widzialem od przylotu. Swoją drogą w Haridwarze okazało się że małpami jesteśmy my a nie Hindusi. Każdy spotkany na ulicy Hindus wytykał nas palcami, dzieci hihotały a małolaty chcialby sobie robić z nami zdjęcia na co odpowiadaliśmy zawsze Ten Rupis ! (ulubiony zwrot fotografowanych Hindusów kiedy pyta się ich o zgodę na wykonanie fotografii).
Tak czy inaczej warto będąc w Indiach zaplanować pobyt tak by zahaczyć o jakieś ważne święto.My załapaliśmy się na odpowiednik naszej wielkanocy. Święto kolorów, na tę okazję Hindusi kupują duże ilości barwników które mieszają z wodą. Potem z dachów swoich domostw zaczynają się prawdziwe bitwy z sąsiadami. Idą w ruch armatki wodne, balony wypełnione kolorową woda, wiadra i miski jak i małe tandetne sikawki.

niedziela, 23 marca 2008

Haridwar czyli hardware jak o nim mowimy :)

Przenieslismy sie nieco dalej na polnoc Indii do Hardiwar
Poniewaz po odjeciu "I" i dodaniu na konicu "E" to miasto najbardziej przypomina nam swojskie Hardware :))) tak wlasnie zwyklismy o nim mowic
Wczoraj panowalo tutaj fantastyczne swieto kolorow. Swieto po raz kolejny przypomnialo mi ze nasze obyczaje i tradycja nie koniecznie sa oderwane od Indyjskich korzeni i byc moze nie jest wcale takie nieprawdopodobne ze szanowny Jezus z Nazaretu bywal w Indiach nim rozpoczal dzialalnosc na terenie Jerozolimy i okolicy....
Swieto kolorow to nic innego jak nasz lany poniedzialek, z ta roznica ze leje sie kolorowa woda albo obsypuje "przeciwnika" kolrowym proszkiem.
Cale rodziny lokuja sie od rana na dachach domow i tocza regularne wojny z sasiadami.
My tez przylaczylismy sie do obozu naszych gospodarzy hotelowych.
zakupilismy farbki i baloniki ktore zamienialismy w kolrowe bomby wypelnione barwna mazia.
zabawa przednia, wszyscy umorusani jak dzieci, ubawieni jak dzieci.
Pierwszy naprawde bezapelacyjnie udany dzien w indiach.
Frajda jak 30 lat wczesniej w dyngusa. polecam
Hardiwar lezy na szlaku pielgrzymek Hindusow z calych Indii. Jest typowym swietym miastem.Dlatego trudno tu w takie swiato jak holly colors znalezc dobry hotel [a hoteli jest tutaj wiecej niz w Delhi]. Przez Hardiar przeplywa Ganges ale w swoim poczatkowym biegu. Mozna wiec bez obaw zanuzyc w nim nogi bez leku ze odpadna :)))
Wzdluz rzeki zbudowano specjalna odnoge ktora jest plytsza i bezpieczna dla tysiecy pielgrzymow. Tam wlasnie popoludniem przezylismy kulturowy szok.bylismy jedynymi bialymi w miescie w ktorym nie czesto sie widuje biale twarze. Wiec role sie odwrocily i to my czulismy sie jak malpki w zoo. Hindusi radosnie pokazywali na nas palcami, prosili o fotke kazdego z nas i wysylali dzieci by podaly nam reke na powitanie.Ubaw po pachy !
Powazna zaleta tego stanu jest taka ze w miescie w ktorym nie bywaja biali nie ma typowych zachowan znanych nam z delhi czy Jodhpuru, a wiec cwaniactwa, zawyzania cen etc,
Dominuje ciekawosc i szok z widoku Gringo w miescie, haha
Wieczorem zalapalismy sie na druga czesc swiat. tym razem nad Gangesem.Kilkanascie a moze kilkadziesiat tys. ludzi zgromadzonych na brzegu, spiew i modlitwa[ skladaja rece do modlitwy identycznie jak chrzescijania] modlitwa przypomina nasze Boze Cialo [kolejna analogia?]
Latwo mieszamy sie w tlumie gdyz nie budzimy ich niepokoju, raczej zaskoczenie zmieszane z zadowoleniem ze chcemy uczestniczyc w ich swietach.
w pewnym momencie wartkim nurtem Gangesu zaczynaja plynac plonace miseczki z kwiatami [niczym nasze wianki] z kazda chwila jest ich wiecej az w koncu Ganges swieci sie setkami swiatelek [pieknosci].
Fantastyczne przezycie, jeden z najciekawszych dni w czasie pobytu na subkontynencie.
Co moge powiedziec na podsumowanie?
Nie warto "zwiedzac" indii. Zmarnowalismy 2 tyg. a poczulismy ledwie musniecie tego kraju, w tym czasie kilka dni spedzilismy w pociagu i autobusach. Kazda zmiana miasta to strata czasu i aklimatyzacja od nowa.odradzam !!!
Jesli kiedys tu wroce, wybiore 2, 3 miasta i tam spedze po tygodniu kolejno.
Objazdowka jest bezsensownym traceniem swojego czasu i entuzjasmu ktorego niestety zaczyna brakowac....
Na tym etapie chetnie bym przebookowal bilet i wrocil wczesniej.
Zobaczylem co mialem zobaczyc, nie zdarzy sie juz nic wiecej co mnie moze zaskoczyc, a czas zaczyna sie niebezpiecznie rozciagac.... brrr
Moze to objawy tesknoty za domem?
u was ponoc zimno i snieg, tutaj zaczyna sie lato 30 C i wiecej, robi sie nieznosnie...
za to mamy banany, pomarancze, melony, winogrona, jablka, papaje, rodzynki, orzeszki i many many more....
CU

sobota, 22 marca 2008

Agra

Agra to ta od Taj Mahal, jakaś tam cudna budowla..... przy budowie której Maharaja czy inny wielmoża zakatował kilka tysięcy ludzi z czego Hindusi są bardzo dumni :)))
Każdy artysta który budował Taj Mahal, po ukończeniu roboty miał obcinaną rękę żeby czasem nie wybudować czegos równie okazałego. Ot hinduski pragmatyzm i podejście do umów o zakazie konkurencji.
Taj Mahal fajne jest, ale warto przejechać się na wycieczkę od drugiej strony rzeki. Okazuje się że nasz "Tadziu" otoczony jest kolczastym drutem jak wzgórza Golan lub autonomia palestyńska.
Wokół koszary i wojacy z bronią gotową do strzału (pewnie panicznie boją się że w nocy ktoś zwędzi im ten cudny Taj Mahal i będzie wstyd).
Od strony rzeki Taj Mahal już nie imponuje, raczej poraża kontrast który jest wizytówką Indii. Można powiedzieć Indie = konrasty. Przyznam się bez bicia, nie wydałem 100$ na zwiedzanie wnetrza obiektu. Hindusi są cwani, pobierają dwie opłaty od swojaków i od gringos. Wszystkie swoje muzea i obiekty turystyczne promują co najmniej jakby to był Luwr (jak to się pisze?)a po wejściu do środka od razu czujecie się oskubani i brutalnie naciągnięci.Agra jako miasto nie spodobała mi się totalnie, dziwne uczucie osaczenia i zła energia. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale oboje z Elwi mieliśmy te same odczucia (wiać stąd!!!)

niedziela, 16 marca 2008

Udajpur

Udajpur (miasto któregoś tam Bonda,nie pamiętam którego...) Miasto ze sztucznym jeziorem które jakiś tam ekscentryczny Macharadża (wszyscy są ekscentryczni) kazał sobie zbudować.
Jeziorko jest płytkie jak sadzawka, ale z daleka robi wrażenie, hotel też zwłaszcza, że dopłynąć do niego można tylko łodzią.Nie pamiętam w sumie co fajnego było w tym miescie, poza klimatyczną świątynią, w której każdego dnia odbywały się nabożeństwa. Hindusi chętnie zapraszają obcych (jak my). Jeśli lubicie takie miejsca, pełne magii i niezrozumiałych dla europejczyka rytuałów, może Wam się podobać. Wyobraźcie sobie teraz polski kościół do którego w trakcie np.niedzielnej sumy wchodzi grupka ciemnych jak tabaka w rogu Hindusów...... w dodatku nasz ksiądz mówi, zróbcie im miejsce, niech sobie wygodnie usiądą, pokażcie im jak się modlimy i nauczcie naszej liturgii. Na koniec zachęcającym gestem proboszcz zachęca gości z Indii do przyjęcia komunii...
Ja sobie tego nie potrafię wyobrazić (i tu jest właśnie przepaść kulturowa pomiędzy naszymi cywilizacjami) warte przemyślenia

suplement : fryzjer

Wizyta u fryzjera w Indiach była dla mnie czymś niemal tak pewnym jak spróbowanie masala tea czy soku ze świeżych owoców wyciskanych na moich oczach gdzieś w ulicznej "sokowni". Przeczytałem wiele komentarzy i opisów ludzi, którzy zaliczyli tę przyjemność wcześniej. Opisy był jednoznaczne - warto!. Choć więc jestem ogólnie typem barbarzyńcy i golę się rzadko, raczej docinam do przysłowiowego 3 dniowego zarostu a'la Joe Cocker :) Postanowiłem oddać się w ręce Hinduskiego wirtuoza pędzelka do golenia i brzytwy. Jedno słowo - odlot! Niech nie zrazi was uprzedzenie do golenia brzytwą wyniesione z durnych przesądów. Każdy Hinduski fryzjer włada brzytwą jak nasz Wołodyjowski szpadą. Brzytwa ma jednorazowe ostrze, które na Waszych oczach jest odpakowane i zamocowane w rękojeści. Golarz wprawnymi ruchami namydla twarz i zaczyna się jazda. Po kilkunastu sekundach gęba gładka jak z reklamy Gi.....tte. Kolejne mydlenie, kolejne golenie i zbliżamy się do finału. Jeszcze tylko ręcznik, wklepanie wonności, czasem dodatkowo masaż twarzy dużą bryłą soli (prawdopodobnie w celach bakteriobójczch). Wszystko zależy od regionu i fryzjera a ja zaliczyłem chyba 3 lub 4.Sprytny Hindus zaproponuje wam jeszcze masaż głowy, warto się skusić, jedno małe "ale", ustalcie wcześniej cenę, bo może się okazać że zaproponuje wam cenę która kilkakrotnie przekracza wartość całej usługi.To typowe dla Hindusów, ale nie sądźcie że są nieuczciwi.Po prostu widząc turystę windują cenę i badają jak daleko mozna się posunąć. Ja nie żałuję niczego. Każde golenie bylo komfortowe, co ważne, nie miałem żadnych problemów ze skórą...

Lovelywedding fotografia ślubna

blog stanowi część Lovelywedding fotografia ślubna, zapraszam pod adres www.lovelywedding.eu